Blog Artura Hajzera

UKŁAD

23.06.2010 wszedlem na Nanga Parbat 8126m. Atak szczytowy z obozu 4, łącznie z powrotem, trwał 24 h marszu non-stop. Jak to bywa, w dół było gorzej niż w górę. I mnie, i Robertowi Szymczakowi szło to zejście jak krew z nosa pod górę. Słabi byliśmy. Często posiadywaliśmy. Śnieg był rozmiękły od słońca. Prawdziwe kłopoty zaczęły sie na początku trawersu - gdzieś pomiędzy 7400 a 7250. Nasza droga podejściowa - pod skałami - w zejściu okazała się nie do powtórzenia - zbyt lawiniasto. Ciarki chodziły po plecach; znowu był strach i stres od patrzenia na te wiszące masy śniegu. Włos się jeżył, przypominał się Ciemniak, a oczami wyobraźni już widziałem jak to wszystko sunie w dół razem ze mną. Śmierć w oczach.
Siedząc, zupełnie opadły z sił i przerażony, długo wypatrywałem jakiegoś  bezpiecznego obejścia. Było późne popołudnie, słońce jeszcze dość wysoko... I WTEDY spod słońca opadł pionowo w dół słup światła - jakby kanał do teleportacji, świetlący się milionem odblaskowych kryształków - taka świetlna iluminacja niby z dyskoteki spod Płońska. Słup ten na dole, na wysokości mojego wzroku, zakończony byl świetlistą kulą. Zauroczyło mnie to i poświęciłem trochę czasu na analizę tego optycznego zjawiska. Żeby nie marnotrawić minut zdecydowałem się posilić Power Barem. Rozdarłem papierek i porzuciłem go obojętnie na śniegu. Wtedy to okazało się, że w tej świetlistej kuli jest jakaś postać... Wytężyłem wzrok... No, ja nie mogę! - anioł, kobieta ze skrzydłami. Twarz jakby znajoma, ale słabo zarysowana. Pewnym było, że patrzymy na siebie i że to COŚ skupia moja uwagę i że wyraźnie o coś chodzi, o jakiś przekaz. Coś mi kazało podnieść papierek, co spowodowało zmianę w wyrazie twarzy anielicy na bardziej przyjazny. NO, OK! Mając anioła pod ręką postanowiłem przystąpić do negocjacji:
- Aniele Nanga Parbat! Obiecuję niniejszym, że nie będę śmiecił i zniosę śmieci na dół do bazy, ile tylko będę mógł ale zachowaj mnie żywego, proszę! Wypuść mnie z tej góry cało, a nie zawiedziesz się! Posprzątam! Słowo!
Kula z aniołem rozpłynęła się, a słup światła  wyparował i wtedy słońce rozpękło się na trzy osobne tarcze.
- Deal! - pomyślałem.
Przed moimi oczami ukazał się wariant obejściowy trawersu. Najpierw prosto w dół, żeby niczego nie podciąć, do czegoś na kształt  balkonu, lekko wypłaszczonego zbocza, tarasu, którym - hyc! - w prawo do czwartego obozu!
Góra mnie wypuszcza - pomyślałem. Nie zostałem dłużny. Skasowałem śmieci z obozu 4 i ile mogłem z obozu 3. Nawet poniżej  dwójki jeszcze obcinałem z poręczówek nożem plastikowe szpule po linach. Co mogłem jeszcze? Już za sprawą najemnych pomocników wyczyściłem starannie obóz pierwszy - tam aż 10 kg śmieci było. Mam nadzieję, że Nanga Parbat uznaje umowę za wykonaną!!
Na Pakistańczykach moja opowieść nie zrobiła większego wrażenia:
- To Żółta Dama! My ją znamy! Często się nam ukazuje i często robi dziwne rzeczy. W końcu jesteśmy w Dolinie Duchów - jak wskazuje nazwa Diamir.
No i dowiedziałem się, że siedliskiem tych duchów jest plateau Bazin - tam, gdzie stał nasz obóz IV i tam, gdzie doszło do mojego z nimi spotkania i gdzie zawarłem UKŁAD.
Artur

A słońce rozpękło się na 3 tarcze
"...A słońce rozpękło się na 3 tarcze..." Fot A.Hajzer - Nanag Parbat 2010


Anioł na plateau Bazin 7250 m NP fot. Gawrysiak

Ostatnie zmiany: 12.07.2010

wróć

Komentarze:

Joanna dnia 03.06.2013 o godzinie 19:33
Piękna zaczarowana opowieść :)

Dodaj swój komentarz

 

Sponsor sprzętowy:
Partner programu:
Dostawca lin: